Wspomnienia patrona

Wspomnienia Leona Kotowskiego

żołnierza 30 Poleskiej Dywizji Piechoty AK i członka Zrzeszenia WiN (Wolność i Niezawisłość) obszaru Wschód IV Rejonu

Tekst wiernie przepisany z oryginału – wspomnień skierowanych do uczniów naszej szkoły

Bardzo mała ilość publikacji historycznych na temat martyrologii Polaków od wybuchu II wojny do 1950 roku, a wydane w przeważającej ilości były zafałszowane, skłoniły mnie do opisania swych wspomnień, spostrzeżeń, epizodów walk narodu, a ponieważ pamięć jest ulotną a moje pokolenie szybko odchodzi na wieczną wartę przeto być może mądry literat bądź historyk skorzysta z tych materiałów dla stworzenia wartościowej książki, ujawni zawiłe losy.

Tak więc koniec sierpnia 1939 jako młodzi moi koledzy 15 i więcej-letni byliśmy pod napięciem nadchodzącej wojny. Nasza szkoła w Brześciu n/B im. J. Piłsudskiego a w niej silne grupy harcerzy i zuchów czekaliśmy, aby wcielić w czyn ideały, które posiadaliśmy.

Skąd więc u młodych ludzi taki patriotyzm, przecież nie wszyscy wynieśli ze swych domów ideały godne Polski. A więc mądra kadra nauczycieli, harcerze, wikariat Rz. Kat.

w osobie ks. Zająca. Oni to wychowywali nas w duchu koegzystencji, a przecież na Kresach w owym czasie było dużo wyznania prawosławnego, Żydzi i nie odczuwaliśmy do siebie nienawiści czy różnic, które później po latach politykierzy wszczęli z pozytywnym skutkiem.

Strasznie przeżywałem bezsilność w obronie nieba przed bombardowaniami niemieckimi.

Wycofywanie naszych wojsk na wschód Polski tłumaczyliśmy taktyką wojenną i tak trwało do 17 września. Dotarła wiadomość, że hordy bolszewickie dokonały rozbioru Polski w zmowie z Hitlerem, a już Brześć i dalej na wschód armia hitlerowska okupowała nas. Około 20 września Niemcy rozpoczęli odwrót a wkracza armia sowiecka a miejscowi ruski i Żydzi witają transparentami wybawicieli. Jakich (?) – my nie rozumieliśmy.

Słynna defilada Niemców, którzy opuszczali Brześć z koszar 82. i 35. pp. uściskali z bolszewikami, poklepywanie i chlanie ze wspólnych flaszek SS-manów i komisarzy na ulicach, a następnie defiladowe wkroczenie armii szmaciaków ulicą Kowalską na ul. Unii Lubelskiej do opuszczonych koszar padło na nas rozpaczą.

Co dalej?

Już wkrótce zniesiono język polski w szkołach, cofnięto o 2 klasy uczniów w dół bo poziom sowiecki był rzekomo wyższy od polskiego. Wszyscy Rusini i Żydzi natychmiast zapomnieli języka polskiego, a my biedni rosyjskiego czy białoruskiego nie rozumieliśmy.

Ja celowałem w języku niemieckim, fizyce i to wszystko, bowiem historii ani geografii w naszym pojęciu nie było.

Doznawaliśmy upodlenia, poniżania nawet wśród wczorajszych kolegów jak np. Eugenia J. niedaleka sąsiadka w spotkaniu krzyczała: ej „joszek” – tak nazywano Polaków – posłuchaj swego hymnu „Jecie pocia ne cięcieła” – stąd też narastała nienawiść. Planowaliśmy zbić kacapów, spalić czy inne wymysły odwetu, lecz wszystko to odeszło na dalszy plan wobec rozpoczęcia przez NKWD wywózki. Odbywało się to tak, że w nocy podjeżdżali czerwono-armiejcy do wyznaczonych rodzin, dawali kilkanaście minut na spakowanie się i odwozili do odrutowanych wagonów na bocznicy kolejowej. Tak było każdej nocy, a na pierwszy rzut wybierali rodziny wojskowych, policjantów, nauczycieli, byłych legionistów słowem ludzi wartościowych, gdy ich zabrakło brali „pougołowno” co polskie. Każdy członek rodziny był przygotowany do zsyłki i miał spakowane w worku rzeczy osobiste, bieliznę suchary, słoninę, sól – bowiem były słuchy, że rodziny rozdzielają. Dotknęło to w pierwszym rzucie i moją rodzinę. Wuja z rodziną zabrano w letnim ubraniu z dziećmi, ciocia również poszła w te ślady – ponieważ wuj był w POW.

Z jakiejś przyczyny mojego ojca ominęła pierwsza i kolejna wywózka i myślę – dlatego, że nie dali rady szybko „przerobić” takich mas ludzkich.

22..VI.1941 o świcie Niemcy uderzyli na wczorajszych sprzymierzeńców. Już o 9 rano od strony lotniska szły wojska niemieckie. Nie było żadnego oporu bolszewików. Uciekali boso, bez broni, a my nie patrząc na ostrzał wyszliśmy witać Niemców, a byli nawet ludzie z kwiatami. W pewnym sensie witanie było czymś w rodzaju ulgi, że na Sybir nie pojedziemy.

Naiwni, wkrótce Niemcy zorganizowali swe władze, ogłosili, że to będzie Ukraina, pojawili się policaje „zełeny” oraz sołdaty byłej Armii Czerwonej, którzy przeszli na stronę Niemców – „własowcy” od imienia bolszewickiego generała „Własowa”.

Te bandy kolaborantów były gorsze od Niemców. Ziali nienawiścią do Polaków z zajadłością nie ludzką.

W obiegu pieniądzem były karbowańce, marki „Reichs”, po cichu polskie srebrne monety, a ponieważ mało kto miał te walory, nastała bieda, głód.

Pamiętam Boże Narodzenie 1941. Poszliśmy siostrą na forty za Brześć – wycięliśmy sosenkę. W domu wystroiliśmy starymi zabawkami, a w miejsce pierników wisiały suchary z czarnego chleba, w miejsce cukierków zawijano w papierki ukrojony kartofelek. Na wigilię był opłatek, a z potraw tylko ziemniaki i kapusta no może parę racuchów usmażonych na łoju.

W 1942 r. prof. Marek Piekarski uzyskał od władz niemieckich pozwolenie na otwarcie szkoły handlowej. Byłem tam w 2 semestrze do czasu, gdy Niemcy aresztowali nauczycieli,

a nas rozpędzili. Także z uczniów dużo aresztowano.

Wprowadzono „Meldekarte” i należało gdzieś podjąć pracę inaczej wywożono do Reichu do pracy.

Zatrudnił mnie Orłowski – właściciel zakładu fotograficznego przy ul. 3 Maja.. Choć niewiele płacił bo cóż ja w tym fachu umiałem, ale wpis, że pracuję było coś co na razie dawało możliwość chodzić. W 1943 r. gestapo za Orłowskim zaczęło chodzić i on uprzedził abym gdzieś pryskać bo zwija interes. Znajomości ojca i stryja spowodowały, że przyjęto mnie do pracy w Krajslandwirt jako gońca i później skierowano do Gemeindenwirt na przedm. Adamowo.

Tutaj znalazłem się w kręgu byłych wojskowych 82. pp. i Cieślakowski Józef „Bystry” zaprzysiężył mnie na żołnierza AK w sekcji wywiadu. Znałem ze swej piątki tylko Janka Wocha, Mazurka Stanisława i wszystko. Nawet materiały wywiadowcze, które z rozkazu „Bystrego” woziłem do wyznaczonych melin przy ul. Jagielońskiej do miejscowości Skoki były doręczane na hasło, które często były zmieniane zarówno jak i skrzynki kontaktowe.

Dostawałem poważniejsze zadania jak z zegarkiem w ręku (pożyczonym) trzeba było śledzić cały dzień albo i dobę, gdy nie dotarła zmiana na lotnisku i notować godziny startu i lądowania samolotów, stąd musiało się znać typy samolotów, spisywać numery taktyczne – boczne, pełnić służbę na stacji Brześć i gdy przybywały pociągi urlopowe z wojskiem a przemaszerowywały do koszar należało rozpoznać rodzaje, numery i dlatego ofiarowało się Niemcom „Helfen tragen” niby jako tragarz. Czasem zarobiło się parę papierosów, czasem kopniaków – ale zadanie wykonane. „Bystry” dostawał odpowiednie dane.

Zaczęły się transporty ze Wschodu z wojskami węgierskimi i włoskimi. Tutaj działaliśmy, że hej. Za polskie srebrne monety dostawaliśmy amunicję, granaty a Włosi byli bardzo przychylni. Gestapo namierzyło ten fakt i w czasie przejęcia kolejnych „zakupów” zginął kolega „Olek” chyba Kiryluk.

Front wojenny przybliżał się do Brześcia i Niemcy budowali umocnienia za Brześciem. Wywieźli do tych budów masę ludzi pod rygorem rozstrzału rodziny, więc i znów „Bystry” polecił zrobienie dokładnego szkicu, miejsc gniazd ogniowych, rowów dobiegowych, bunkrów. Było to w miejscowości Tryszyn, Gierszony. Nadzorca Czech na moim odcinku kiedyś coś zauważył, ale skończyło się na pogrożeniu. Na pewno widział co robię lecz już oni mieli dość wojny. Miesiąc pracy dał masę materiałów i gdy przyszła zmiana, wszystko otrzymał „Bystry” i był bardzo zadowolony z wykonanego zadania.

Przy szosie Brześć – Czernawczyce Niemcy postawili silne posterunki i w lesie coś wwozili: Rozkaz – rozpoznać. A więc wędki do roweru a miałem pozwolenie „Ausweis”, na rower i jazda do Ciuchenicz. Udało się ustalić, że Niemcy w wyrąbane przesieki składają olbrzymie ilości żelaznych beczek z paliwem. Więc ponownie szkic, raport i do „Bystrego”.

W niedługim czasie samoloty chyba sowiecki zbombardowały las, a paliło się to chyba tydzień. Widok pękających beczek z benzyną nie do zapomnienia.

Ileż paczuszek z proszkiem doręczono kolejarzom, bo kolej była silnie strzeżona, a oni z kolei wsypywali zawartość do panewek wagonowych, ileż ulotek w jęyku. niemieckim wyłożono do wagonów, w których później jechało wojsko z frontu i na front na Brześciu Poleskim, nikt nie zliczy.

„Bystry” stale uprzedzał o ostrożności i bez brawury twierdząc, że zorganizowany Oddział z długą bronią w lesie ma inne zadanie, lepsze bo istniała możliwość obrony a nasza praca ułatwia życie tym „spalonym”. Nas ostrzegał a sam wpadł. Jego, Wocha, Mazurka i dużo innych Niemcy aresztowali. Wkrótce dotarła wiadomość, że rozstrzelano ich. Nie wiedziałem czy wytrzymali tortury więc ukrywałem się i polecono zameldować się u kpt. Zeryngera Kazimierza. Dowodził on grupą Kedywu Twierdza i włączony zostałem do plutonu „Grzechotki” Szarych Szeregów.

Robota wywiadowcza nie trwała długo. Kapitan został aresztowany i wkrótce rozstrzelany i znów tułaczka, ponieważ nie było pewności czy Niemcy dużo wiedzą. Miałem rozkaz rozpoznania czasu i drogi, którą chodził kolaborant Czapki Artur, który miał rodzinę w Adamowie przy ul. Wileńskiej. Zwęszył on zagrożenie lub wyjechał, a był groźnym SS-ma –nem, chodził w mundurze i jako chyba Polak mógł dużo wiedzieć. Czatował na niego Kedyw, lecz on zaginął. Po wojnie udało się ustalić, że uciekł do Szwecji, tak więc nie wykonaliśmy rozkazu.

Kiedyś dostałem ze sztabu zaszyfrowane rozkazy już chyba mającej nastąpić „Akcji Burza”. Żandarmi mieli gęste posterunki i mnie jadącego na rowerze zatrzymali, zrewidowali, wylegitymowali i nic.

Rozkazy w rolkach umieściłem w ramie roweru pod sztycą. Niemcy zabierają mi rower, a mnie chodzi przecież o rozkazy. Próbuję prosić i nie dawać roweru. Wówczas jeden z żandarmów odbezpieczył PM i karze „laufen” (biegac). Szczęściem drugi starszy już wiekiem lufę przygiął do ziemi i z wrzaskiem do mnie „du Junge versteht was ist Leben” (Ty młody, rozumiesz, co to jest życie?) dał kopa i kazał iść precz. Rozkazy w ramie zostały na zawsze, a ja już nie znalazłem kontaktu z towarzyszami broni, bowiem 30 DP po koncentracji przeszła wschodnią stronę Brześcia w kierunku Bugu na koncentrację w Grabanowie po przeprawie rzeki, skąd oddziały były kierowane do Warszawy.

Na własną rękę podążyłem szlakiem marszu Dywizji i wraz z kilkoma kolegami dotarłem do Łukowa. Pomocny był język rosyjski bo sowieci parli na Zachód bez oporu ze strony Niemiec. W Łukowie spotkało się chłopców, którzy już wracali z pod Warszawy. Z ich relacji wynikało, że sowieci w Dębach oddziały rozbroili, oficerów aresztowali, a kogo złapali wywieźli do Lublina na Majdanek do obozu. Konsternacja, co robić dalej?

Miałem szczęście posiadając jakieś świstki szkolne bowiem w Łukowie NKWD aresztowało mnie jako podejrzanego i tylko dzięki znajomości języka i woreczka tytoniu, który oddałem oficerowi, wypuścili.

Przeoczyłem jeszcze fakt – kiedy w Brześciu, gdy sowieci zajęli miasto aresztowali mnie, ostrzygli i pieszo gonili całą masę młodych ludzi do Berezy Kartuskiej. Tam po selekcji pogonili do stacji kolejowej skąd wywieźć mieli niektórych do Riazania, innych Bóg wie gdzie. Znajomość języka sprawiła, że przy załadunku do wagonów udało się wskoczyć do sąsiedniego pociągu z działami, a nadzorowały cały pociąg dziewczęta rosyjskie. Tak więc wróciłem do Brześcia i dalej za Bug.

Wracając do zwolnienia w Łukowie to losy potoczyły się pomyślnie, bowiem nauczony doświadczeniem w nocy na dachu wagonu dotarłem do Białej Podlaskiej. Zaczęło się szukanie kontaktów, bowiem masy ludzi różnej narodowości szukały swoich celów. Znalazłem kontakt u Stanisława Proskury. Jego syn był chyba w Wileńskiej AK i wywieźli na Syberię. Parę dni odpocząłem i znów poszukiwanie rodziny, która wszystko porzuciła w Brześciu, cały dorobek życia i z węzełkiem dotarła złapanym przewozem do Zalesia.

Tenże Proskura postarał mi się o pracę w gminie Zalesie jako referent podatkowy i pilnie słucham co dzieje się. Wkrótce międzynarodowa konferencja w Jałcie, ustalone granice Polski na Bugu, rozkaz KG A.K. o rozwiązaniu całej Armii, lecz nie dla mnie. W Zalesiu znalazła się grupa byłych żołnierzy z 9 Dywizji Piechoty AK i powstał nowy Ruch Oporu, a więc odezwy, a więc sabotowanie zarządzeń tzw. Władz, referendum 3x Nie, i już powstały struktury na cały Kraj „WiN”.

Nowe złożenie przysięgi i zostałem żołnierzem Obszaru Wschód, Podobwodu „Bug” w Rejonie IV Plutonu „Piorun”.

Do bojówki poszli spaleni. Ja jeszcze działałem według rozkazu „Graba” w różnych akcjach, których nie sposób wyliczyć

Już widzieliśmy bezsens walki. Rozgoryczenie chłopców, że Zachód nas sprzedał, umocnienie się PKWN a zatem NKWD i UB. Upadek IX Dywizji Piechoty Zenona, rozpuszczenie żołnierzy „Jaracha” spowodowało rozluźnienie dyscypliny, a zatem terror UB i aresztowania. Wielu z bojówek odchodziło, a dołączali nowi, jak np. cały pluton pograniczniaków z Terespola przeszedł z bronią.

NKWD w teren puściło wersję, że zbrojne grupy to nie wojsko polskie lecz bandy rabunkowe, a jeśli takowe były to właśnie myśmy skutecznie je zwalczali.

Referendum w 1946r. dowiodło, że 90% ludności wypowiedziało się za programem Mikołajczyka lecz niestety to referendum zostało ohydnie sfałszowane. W gmine Zalesie po podliczeniu głosów okazało się, że na numer „5” a więc na Mikołajczyka głosowało prawie całe społeczeństwo. Nadzorował głosowanie z UB oficer Strzelecki z bardzo dużą obstawą. Głosy zabrał do torby wysypał „2”czyli za PPR i z pianą na gębie kazał liczyć. Mawiał – proklata reakcja.

Tak było wszędzie i wyniki ogłosili jakoby ludzie byli za komuną. Komisje wyborcze były sterroryzowane, a żadnych mężów zaufania nie było. Nie było też międzynarodowych obserwatorów wcześniej zapowiedzianych, czyli Zachód po raz kolejny zostawił Polaków samych sobie, a jak ogromny żal był wśród chłopców, którzy swój los powierzyli walce nie sposób opisać. Mikołajczyk w tej sytuacji uciekł na Zachód i dobrze, bowiem na pewno powiesiliby go, i zaczęto w środowisku WiN mówić, że chyba złożą broń. Bezsens walki. Szkoda życia młodych ludzi. NKWD szalało. Zorganizowali wtyczki w opozycji i np. taki Ostapowicz Czesław z plutonu „Krócicy” zaczął dawać materiały do UB, a ci z kolei nasilili represje i aresztowania.

4 XII 1946 w nocy do mego miejsca zamieszkania przyjechały dwa samochody wojska UB. Nie wiem czy byłem tak ważną personą czy liczyli na opór bojówki, która często była u mnie, dość, że aresztowali i odwieźli do UB przy ul. Krótkiej.

Posiadałem dwie sztuki broni krótkiej w domu, ale w chwili aresztowania nie robili szczegółowej rewizji. Żona tę broń z domu usunęła, podobnie dokumenty i pamiątki z AK

jak:„ryngraf”, sygnet z orłem, rozkazy dawniejsze ostatniego okresu, bowiem u mnie była „skrzynka”, odezwy itp.

Nazajutrz, jak opowiadała mi żona przyjechali na rewizję. Przewrócili do góry nogami wszystko, żądali broni, papierów. Nic nie znaleźli więc odjechali. Rozpoczął się dla mnie najtrudniejszy okres w życiu. Wielogodzinne przesłuchanie przez „oficera” Skawskiego przy asyście sowieckiego „smiersza” w polskim mundurze, który nie rozumiał po polsku, a klął po rosyjsku. Przesłuchanie to nie wszystko. Lanie i to jakie. Mieli w pokoju wielki stół, na ścianie różne pejcze i nahaje, aparat do bicia prądem indukcyjnym – wszystko to do śledztwa.

Najważniejsze pierwsze chwile lania, potem człowiek drętwieje, zapieka się nienawiść i bezsilność i chciałoby się wyskoczyć z piętra lecz niestety okna okratowane.

Głód – raz dziennie chleb i ciepła kawa. Spanie na deskach bez żadnego przykrycia. Cela nie ogrzewana, na posadce woda (piwnica). Nie przyznasz się, nie wydasz swych bandytów, nie oddasz broni to zdechniesz sam. A byłem tylko w marynarce i sweterku z darów UNRRA..

Trwałem przy swojej wersji i w końcu około lutego1947r. śledczy pokazał mi mausera mówiąc, że „durniu zdrowie straciłeś a twój teść przywiózł twą broń. Zaprzeczyłem więc, znów lanie, i za kilka dni stawia do oczu teścia mego, który powiedział, że znalazł broń w gnoju.

Naiwniak uwierzył, że gdy odda co ja miałem to wypuszczą. Oczywiście dokumentów i i Vis a nie oddał.

Nie było sensu zaprzeczyć o broni bo wątek ciągnąłby się by skąd i czyj to pistolet. Potwierdziłem, że broń moja, zresztą było mi to obojętne. Doprowadzony do skrajnego wyczerpania czekałem albo wywózki na Sybir albo kuli. – Człowiek w takich chwilach nie ma lęku, nie czuje nic.

Z tych tortur dali się we znaki UB-owcy: Kwiecień, Powietrzyński, Sikora i któż ich spamięta. Kiedyś przywieźli do celi rannego „Wilka” z Janowa. Byle jaki opatrunek spowodował, że w ranie były wszy i robaki, patykiem oczyszczałem mu rany, gdy po kilku dniach wzięli go do lekarza ten oświadczył, że robaki zapobiegły gangrenie. Tak opowiadał „Wilk”.

Przeniesiono mnie do ogólnej celi, a było nas tam z 30 chłopców. Pamiętam niektórych: „Kozioł” Besaraba Kazimierz z IV, nauczyciel z Tucznej Wysokiński, który próbował wykładać historię po to, aby nie oszaleć, Pykacz Marian z Leśnej.

Około kwietnia przewieziono do więzienia przy ul. Prostej i tu było niebo. Powietrza więcej, spanie na podłodze, ale czysto. Jedzenie byle jakie ale ciepłe. Usłyszeliśmy, że 1 kwietnia ogłoszono amnestię i cieszyliśmy się, że wypuszczą. Opanowały mnie straszne czyraki. Lekarza nie dawano twierdząc, że to nie choroba. Cierpiałem, koledzy wyciskali i mówili, że wyglądam jak małpa spuchnięta na całej twarzy i bokach.

Zamiast amnestii wywołano na dziedziniec do samochodu. Kazano siadać w jodełkę na podłodze Z tyłu usadowiło się dwóch ubeków z PM, na czole willi z RKM, a z tyłu chyba żołnierze z KBW. Wyjechali nie w kierunku na Wschód. Myśleliśmy, że powiozą na Sybir lecz na szosę z Białej. Szeptaliśmy, że chyba wiozą na rozwałkę. Myśleliśmy, że może napadną żołnierze WiN, może zdarzy się cud. Nic z tego. Zawieźli nas do Lublina na Zamek.

Kwatera na Zamku na basztach przypominała piekło z opisów horroru. Na baszcie brak powietrza, brud, spanie na betonie a szefem był jakiś złodziej, otoczony zbirami do pomocy uzbrojeni w pejcze i kije znęcali się nad więźniami politycznymi jak chcieli. Po miesiącu tej kaźni przeniesiono na IV Oddział i było tam o wiele lepiej. W celi było około 50 ludzi chyba wszyscy z opozycji, lecz ustalić kto jest kto było trudno. Doświadczenie nauczyło, że byli kapusie nasłani przez UB i jedno słowo niepotrzebnie powiedziane powodowało wszczęcie ponownego śledztwa.

W końcu czerwca 1947r. wezwano nas kilku na korytarz, zawieziono do sądu wojskowego. Sędzia pułkownik Sumorlik i dwóch ostrzyżonych szeregowców, migiem przeczytał akt oskarżenia i w imieniu PRL ogłosił 5 lat za organizację, która siłą chciała obalić ustrój komunistyczny, 5 lat za posiadanie broni palnej i 2 lata pozbawienia praw w zawieszeniu na 5lat. Powrót do Zamku i czekanie czy amnestia obejmie, objęła siedzenie, lecz pozbawienie praw pozostało. Wypuścili bez grosza przy duszy, choć wolno było jechać koleją bezpłatnie do miejsca zamieszkania. Świeże powietrze odebrało siły do poruszania się i o mały włos nie wpadłem pod koła wagonu. Przyjechałem do biednego domu i choć żona nie miała funduszy byliśmy szczęśliwi.

Nikt niech nie myśli, że dano mi spokój. Częste wizyty UBowca Jaskuły – niby zobaczyć co słychać – odbierało resztę nerwów. Jako pozbawiony praw nie wolno było „głosować” w ówczesnych wyborach co nie uważałem za złe, gorzej było, że nie można było pracować. Chyba w 1950r. po nawiązaniu znajomości przyjęto mnie do G.S jako pomoc księgowego, później zaopatrzeniowca.

Do czasu podjęcia pracy w G.S. chodziłem do pracy u chłopów, dzierżawiłem ziemię, lecz jaki to był dochód nie mając sprzężaju. Pisałem dla ludzi podania i jakoś się żyło, choć bardzo trudno.

W PZ GS Biała Podlaska prezesem był Sujka Tadeusz – były szef UB. Czy wyrzucili go za to, że był za głupi czy obsadzili swymi wszystkie stanowiska nie wiem. Wiem tylko, że dwa razy w roku dostawałem wymówienie z pracy i cofano. Tak więc forma maltretowania z pełnym skutkiem. Dobrze znajomy Huk był w ZSL instruktorem. On to doradził abym zapisał się do ZSL to może uspokoją się. Po złożeniu deklaracji wezwano do chlewu tej partii i tam oświadczono, że jestem niegodny, z bandy chcę się wkraść w szeregi klasy, aby rozsadzać ją od wewnątrz.

Gdy miałem dość szykan zwolniłem się z tego GS, byłem bezrobotnym bez zasiłku, bo któż wtedy takowy płacił. Byłem referentem podatkowym bardzo krótko, inkasentem. W końcu kolega z Terespola Dąbrowski Michał, który znał moje dzieje poradził abym napisał podanie o przyjęcie na PKP Małaszewicze. Podanie czekało na decyzję kilka miesięcy. W końcu przyjęto na robotnika z najniższą podstawową grupą uposażenia. Czyściłem rozjazdy, trochę w biurze i znów koledzy doradzili wyjazd na Zachód. W Jeleniej Górze miałem rodzinę i kolega z AK z Brześcia Kotarba Stanisław (a był on w Dyrekcji) ułatwił mi przeniesienie. Byłem tam rok bez szans na mieszkanie z głodową pensją. Powróciłem do Małaszewicz i wówczas to odwilż w KC pozwoliła na pracę w służbie ruchu.

W 1980-1981 roku, gdy Solidarność rozwijała skrzydła byłem pierwszym w jej szeregach. W wyborach wybrany zostałem na przewodniczącego Komisji Zakładowej służby ruchu. Urlopowano do tych prac i razem z 4 innymi służbami działaliśmy że hej. Ufundowaliśmy Sztandar „S” budowaliśmy struktury w kołach i tak było do 17 IX 1981r. Stan wojenny zastał z pytaniem – co dalej? Wszak dużo aresztowali a ja uniknąłem tego szczęścia, bowiem jak później dowiedziałem się poręczył za mnie Iwanczewski Paweł z Terespola, działacz ale do mnie miał przychylność. Z dniem 31 XII 1981r. zwolniono z pracy na emeryturę, na której jestem do dziś.

W stanie wojennym nie zaniechałem roboty w „S”. Dostawałem pisma, odezwy, materiały dla szkół, które rozprowadzałem. Było to nader niebezpieczne zajęcie bowiem wiedziałem, że pilnie obserwowali miejscowe psiaki jak i SB.

W 1989r. w miejscu zamieszkania powołałem Zarząd Rolników Solidarność, byłem przewodniczącym i po rozłamie w grupie prawicy na różne partie i partyjki działalności „S” nie przejawiała. Chyba, że w wyborach do Sejmu i na Prezydenta. Robiłem zjazdy, wiece i wszystko na nic. O tym okazało się po kolejnych wyborach.

Myślę, że przegrałem życie. Żyję skromnie i rozmyślając swą drogę i losy dochodzę do następujących refleksji.

Słowa piosenki: „Nikt nam iść nie kazał, poszli bo tak chcieli, bo takie dziedzictwo wziął po dziadach wnuk”. Są to piękne słowa lecz jakie nam gorzkie. Ileż trudu i starań było aby otrzymać należne uprawnienia kombatanta. Zostałem nim od czerwca 1992r. a ponad 11 lat, gdy byłem emerytem dodatek kombatancki przepadł i nikt nie upomniał się o to.

Ileż jeszcze nie załatwionych krzywd jak np. dwa lata czekałem na unieważnienie wyroku skazującego w PRL; teraz już dwa lata czekam na rozprawę o odszkodowanie za niesłuszne skazanie, jak orzekł Sąd i za cierpienia fizyczne i moralne.

Wszak choroba gruźlicy płuc, a chorowałem po więzieniu przez rok, zostawiła piętno. Chciałoby się powiedzieć – przepraszam, że żyję.

Czy ja dożyję na wyrok niezawisłego Sądu o odszkodowanie – bardzo wątpię.

Satysfakcją jest to, że jest Koło AK Okręgu Poleskiego, że jest Koło WiN, ale te organizacje skupiają tak zniedołężniałych ludzi, którzy odchodzą a chciałoby się zapytać, więcej – żądać czyż tej garstce ludzi władza nie może obniżyć granicy wieku przynajmniej do 70 lat, aby mogli być oni objęci dodatkiem opiekuńczym do posiadanych rent.

W tej samej grupie są ci, którzy pokornie siedzieli i robili pieniądze w PRL-u, jak i Ci , którzy swój los i życie składali na ofiarny stos.

Któż z nas ma zdrowie i fundusze, aby sprawę inwalidztwa załatwiać u lekarzy. Wiemy jak to jest z tymi komisjami. Nikt tym nie zajmuje się, a przecież to tak istotne dla resztki żyjących. Jestem przekonany, że granicę wieku 75 lat życia – co jest wymagane dla uzyskania dodatku opiekuńczego mało kto doczeka.

Kwestia opodatkowania dodatku opiekuńczego czy kombatanckiego. Toż to nędzne grosze i od tych weteranów wydzierać podatek?

Tak nisko oceniono trudy i krew ludzi, którym zawdzięcza Polska, że nie staliśmy się niewolnikami Hitlera czy Stalina. Niech wystąpi ktoś mądry i powie jaki obraz Polski byłby, gdyby nie ofiary życia tylu tysięcy ludzi.

Weteranom z pod Monte Cassino ukradli pieniądze i co? Cicho, wstyd i hańba przed Światem. Z nas śmieją się Niemcy, którzy przegrali wojnę.

Dzieje Narodu w szkołach są tak wąziutkie w nauce historii, że młodzi nie wiedzą, albo mało wiedzą o tym, że największa Armia Krajowa w Europie była tak świetnie zorganizowana, tyle przejawiła czynów bojowych i na pewno przyczyniła się do upadku nazizmu a już na pewno przyśpieszyła wolność.

Generał „Bór” dał rozkaz o rozwiązaniu A.K. Widział bezsens istnienia tej Armii wobec obojętności Zachodu i ustępstwa na rzecz sowietów.

Gdyby wówczas AK była pełnoprawnym partnerem aliantów, po zakończeniu wojny żołnierze AK nie byli dyskredytowani, wcielani do karnych kompanii LWP, aresztowani, wywożeni do gułagów, to na pewno nie byłoby PRL, wieloletniego wasalstwa Kraju względem Rosji, nie byłoby zbrojnej WiN.

Ale cóż mieli robić ci, którym odebrano godność żołnierza i Polaka. Powstało WiN jako organizacja nie samobójcza bez nadziei, że coś ulegnie zmianie, lecz jeszcze mieliśmy nadzieję, że zachód upomni się o prawa dla narodu. Do tego nie doszło, więc walczyliśmy z determinacją bo cóż innego można robić.

NKWD, „Śmiesz”, UB umacniało się, nas nazwano bandytami, wzmógł się taki terror, że Komenda Główna WiN postanowiła polecić zbrojnym oddziałom złożyć broń, korzystając z kwietniowej amnestii 1947r. Podyktowane było to potrzebą zachowania zdrowia i życia ludziom spod znaku WiN.

Po amnestii znów aresztowano rzesze chłopców pod pretekstem, że nie ujawnili całej działalności, że nie zdali wszystkiej broni, zresztą któż o nich upomniał się.

Odbywali duże wyroki w kamieniołomach, kopalniach a po wyjściu na wolność problem było znaleźć pracę.

Mało jest nas na tej ziemi. Terror, niedostatek zrobiło swoje. Patrząc teraz na to co dzieje się w Polsce po 1989r. jesteśmy przerażeni, a obraz Kraju widzimy w czarnej barwie.

Dzieje Kraju po upadku komunizmu i te rozłamy nie są sprawą przypadku. Komintern przygotował i wetknął swych ludzi w szeregi Solidarności. Wszak to doskonale widać.

Temat najnowszych dziejów jest tematem odrębnym i o tym pisać nie będę a kończąc swe wywody śmiem twierdzić, że moje pokolenie życie przegrało. Zachowaliśmy jednak godność i jesteśmy z tego dumni. Po latach nasz pomnik czynów narodowych na pewno będzie kanwą dla nauki historii i patriotyzmu nowych pokoleń.

Cześć pamięci zamordowanym i zmarłym kolegom.

„Ryś” – „Lech”

………………………

[podpis nieczytelny]

(spisano VI -1989)

PS. Ten krótki pamiętnik stworzyłem po sugestii historyka Muzeum Martyrologii

w Białej Podl. P. Mirosława Barczyńskiego.

[podpis nieczytelny]

Jeżeli zainteresuje się ktoś wspomnieniami to chciałbym, aby zostały one:

  1. Jako hołd poległym, zamordowanym i zaginionym członkom AK i WIN

  2. Jako temat do poznania prawdy przez młodzież

  3. Jako przestroga dla zdrajców.